Nowa książka o medytacji

Zaczęłam medytować w epoce, w której świat już przyspieszał. Już produkował coraz szybsze samochody, pociągi, motorówki. Człowiek coraz szybciej biegał, pływał, jeździł na nartach. Coraz szybciej też sprzątał i gotował. Szybkowary i mikrofalówki wpraszały się do kuchni, choć thermomix i odkurzacz typu ufo jeszcze czekały na ławce rezerwowych.

Popularna była seria książkowa W weekend (nauka tenisa, jazdy konnej, budowania domu… w weekend). Pojawił się Teleexpress. Skoro w kwadrans można przekazać wiadomości z całego świata, to ile jeszcze rzeczy można zrobić w kwadrans? Przez lata ten interwał, w którym coś można było zrobić, skrócił się jeszcze bardziej i jeszcze doszedł ten osławiony multitasking (czy też switchtasking). Po co robić jedną rzecz w kwadrans, skoro można dwie, trzy, więcej?

Ale i wtedy, i teraz, i sto lat temu — w czasach Paramahamsy Joganandy, autora Autobiografii jogina, który jest jednym z moich guru od medytacji — o Twoim zaawansowaniu w tej praktyce świadczy to, jak długo, a nie jak krótko w niej siedzisz. Wydajność w medytacji liczy się inaczej. Idąc w metaforę technologiczną: nie wynaleziono podobnego do mikrofali sposobu, jak ugotować sobie oświecenie szybciej niż na kuchence gazowej. Ono nadejdzie, kiedy przyjdzie na nie czas. Nie wynaleziono też thermomiksu do medytacji — wszystko trzeba zrobić samodzielnie. Nikt Cię nie zastąpi w dążeniu do Twojego dobrostanu.

Jogananda siedział po kilka godzin. Kilkanaście. Kilka dni. Non stop. Ja siedziałam kilka razy po 35 minut. Teraz nie mam aż tyle czasu, ale kryteria się nie zmieniły. Im dłużej, tym lepiej. Ale też lepiej jest „trochę” niż „wcale”. Dziesięć minut ma większą wartość niż zero minut. Dlatego nie biczuję się, kiedy udaje mi się usiąść (lub pomaszerować czy rozwinąć matę do jogi) tylko na dziesięć minut. To już coś.

 

Fragment mojej najnowszej książki „Medytacja. Odkryj swój sposób na uspokojenie umysłu i ciała”. Wydawnictwo Sensu, do kupienia tutaj